Mama Africa Zina

Kasia Nowicka

 

Myśleliście kiedyś o tym, że być może, podczas którejś podróży, któregoś dnia, wydarzy się coś tak niezwykłego, tak niesamowicie mocnego, co zmieni wasze dotychczasowe plany? Czy sądzicie, że jedna podróż może przewartościować piramidę celów i planów jakie mamy w głowie i wywrócić w niej wszystko do góry nogami niczym huragan, ale, o ile to możliwe, huragan zbawienny? Czy huragany w ogóle mogą być zbawienne?

Tego lata leciałam z moją przyjaciółką w kolejną już podróż, z biletem w jedną stronę, z głowami pełnymi marzeń, gotowe na nowe przygody i wyzwania.

Żadna z nas nie spodziewała się, co nas czeka…

Podczas lektury tekstu zalecam ten utwór :-)

Przygotowane byłybyśmy na najgorsze, a tymczasem okazało się, że trafiłyśmy do niesamowicie bezpiecznego, przyjaznego i otwartego miejsca, jakim było Maroko.

Naszym celem była Mauretania. Przejechać jedynie przez Maroko, wyrobić wizy w Rabacie, następnie na południe, Sahara Zachodnia i Mauretania- nasz cel.

Tymczasem, jak się przekonałyśmy, w podróży nie ma co planować. Gdy chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz Mu o swoich planach - dla nas najwyraźniej był już przygotowany plan, którego sama bym lepiej nie wymyśliła. Wystarczy zdać się na los i wierzyć, że cały wszechświat nagina się specjalnie dla nas i tworzy coś w rodzaju wielkiego kolorowego balonu, który sam przenosi nas tam, gdzie zawieje wiatr, tam, gdzie czekają już specjalnie wybrane dla nas miejsca oraz ludzie, którzy stanowić będą swego rodzaju naturalny budulec naszej osobowości. Nie ma co walczyć z tym wiatrem, wystarczy się mu poddać, a czekać nas będą najwspanialsze chwile, jakie dane nam jest przeżyć.

Maroko. W mojej głowie przelatują kolory, zapachy, twarze, smaki, na samą myśl mrużę oczy, widzę to wielkie ciężkie słonce nad wydmami Erg Chebbi. Oczy zaczynają się szklić, zupełnie jak za pierwszym razem na pustyni, gdy miałam wrażenie, że ziarnko po ziarnku, zaklejają m je, jakbym już nigdy nie była zdolna wypłakać wszystkich tych drobinek.

Magia. Tyle jej tam było! Maroko musi mieć jakiś monopol na magię, bo czuć ją niemal było w powietrzu, jest prawie namacalna, nachalnie wdziera się każdego dnia. Podczas gdy Chefchaouen - błękitne miasteczko na północy Maroka słynie z haszu i gdzie wszędzie tubylcy zagabują I have faktory of hash, do you wanna see it?, tak na południu powinno się mówić we have factory of magic, we are already in it, welcome.

Cały nasz pobyt na południu Maroka był magiczny. Przypadkiem trafiłyśmy do hotelu, w którym miałyśmy zostać zaledwie jedną noc i ruszać dalej w drogę. Los jednak chciał inaczej. Już po wyjściu z taksówki, która zawiozła nas na miejsce, wiedziałyśmy, że to nie jest zwyczajne miejsce. Z jednej strony, aż po horyzont, rozciągało się pustkowie, czarny, zupełnie płaski żwirowy krajobraz, a z drugiej olbrzymie wydmy Sahary, której piaski codziennie wdzierały się na dziedziniec hotelu, zupełnie jakby chciały wyrwać go z miejsca i zagarnąć pod swoje piaszczyste ramiona. Nic poza tym. Żadnych domów, czy ulic, tylko pustynia i ten niezwykły hotel. Ledwo wyciągnęłyśmy plecaki z taksówki, a już w progu przywitał nas Hassan - 26-letni właściciel hotelu. W sierpniu nie ma tam zbyt wielu turystów, jest zbyt gorąco. Najbardziej turystycznymi miesiącami są listopad, grudzień i styczeń. Hassan zaproponował nam herbatę i tym samym, po raz pierwszy miałyśmy okazję z nim dłużej porozmawiać i dowiedzieć się czegoś więcej o tym wspaniałym miejscu. Biegałyśmy niczym dzieci, zachwycając się wszystkimi tymi orientalnymi rzeczami, które nas otaczały. Przepiękny, typowo marokański wystrój, wszędzie lampiony, dywany, pufy i bębny. To najpiękniejszy hotel w jakim kiedykolwiek byłam! To niesamowite, że spędzimy tu tę jedną noc! – krzyknęłam do przyjaciółki. Nie mogłyśmy uwierzyć, że znalazłyśmy się w tak przepięknym miejscu.

W tym hotelu, jak się potem okaże, zostaniemy już do końca naszego pobytu, rezygnując z wszystkich dotychczasowych planów. Po herbacie, usłyszałyśmy odgłos bębnów dochodzący z jednego z pomieszczeń. Byli to pracownicy hotelu - Berberzy, ubrani w tradycyjne gandory i wygrywający jednostajne, energiczne rytmy, zarazem wykrzykując radośnie . Jakaś siła niesamowicie nas do nich ciągnęła. Czułam, jakby ta muzyka zawsze gdzieś we mnie była, czułam, że jestem we właściwym miejscu. Już po chwili siedziałyśmy wśród nich z tam-tamami między kolanami i improwizowaliśmy, każdy na swój - polsko-marokański sposób, muzykę jaka z niego wypływała. Wygłupialiśmy się, śmialiśmy i żartowaliśmy. I tak to się zaczęło.

Wkrótce poznałyśmy całą- 8 osobową załogę hotelu. Czułyśmy się, jakbyśmy znały ich od dawna. Hassan nieoczekiwanie zaproponował nam, abyśmy zostały w hotelu za darmo, tak długo, jak tylko chcemy. W zamian, możemy pomóc przy pracy w hotelu. I tak, zupełnie tego nie planując, wniknęłyśmy w kulturę i życie tych Berberów, którzy stali się dla nas pewnego rodzaju wielką rodziną, gdzie byłyśmy jedynymi dziewczynami.

Mieszkałyśmy tam, razem z pracownikami, pomagałyśmy im sprzątać pokoje, zamiatać dziedziniec, trzepać dywany i zmywać naczynia śpiewając przy tym w niebogłosy, wygłupiając się i mając z tego więcej zabawy niż pracy. Nauczyli nas oni jak przyrządzać i podawać tradycyjną herbatę marokańską oraz gotować tagine. Dostałyśmy tradycyjne stroje berberskie i turbany (rza). Uwielbiałam w nich chodzić! Hotel z dnia na dzień stawał się naszym domem, a Berberzy swego rodzaju rodziną. Oni uczyli na berberskiego i arabskiego, my ich polskiego. Opowiadaliśmy sobie dowcipy i zagadki, których mnóstwo w ich kulturze. Praca stanowiła zaledwie jakiś niewielki ułamek każdego beztroskiego dnia, który upływał niezwykle jednostajnie, ale była to najpiękniejsza jednostajność, jaką można sobie wyobrazić.

W hotelu było pomieszczenie, a w zasadzie kanciapa, w której cała nasza ekipa spędzała niemal całe dnie. Kanciapa była chyba najbardziej obskurnym pomieszczeniem w całym hotelu, ale była tylko dla nas- to tam spędzaliśmy większość dnia, turyści tam raczej nie wchodzili. Tam zawsze jedliśmy przy wspólnym stole, graliśmy wszyscy w karty i trzy, czasami cztery razy dziennie paliliśmy miętowo- jabłkową shishę. To tam zszywałyśmy podziurawione portki nie tylko swoje, ale i naszych Berberów, tam żartowaliśmy, śpiewaliśmy, dokuczaliśmy sobie i zwyczajnie przebywaliśmy ze sobą.

Z czasem zaczęłyśmy poznawać ich codzienne problemy i ich rozterki. W tym czasie zdążyłam poznać całą rodzinę Hassana, jak i rodziny niektórych pracowników. Co kilka dni przyjeżdżało zaopatrzenie do naszego hotelu, które wszyscy pomagaliśmy wyładować. Były to głównie woda i świeże mięso oraz warzywa (w hotelu był generator prądu, który wytwarzał prąd jedynie na kilka godzin, zatem zarówno lodówka, światło jak i klimatyzacja działały tylko wieczorem przez kilka godzin).

Największą jednak miłością okazały się wielbłądy. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam, jak Berberzy, ubrani w swoje przepiękne, długie gandory, wyłaniają się znikąd, prowadząc przez te złociste wydmy wielbłądy, zamarłam. Stałam jak osłupiała nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Wyglądali jak apostołowie, z gracją i spokojem, prowadząc za sobą te piękne zwierzęta. Wydawało się, jakby przybyli nagle z zupełnie innych, jakiś odległych czasów. Zupełnie jakby ktoś przeniósł ich w czasie i wrzucił w teraźniejszość, podczas gdy oni się nawet nie zorientowali. Nie potrafiłam oderwać od nich wzroku. Kim są ci ludzie? Jakie życie prowadzą? Wkrótce wszystko stało się jasne. Ci Berberzy szykują wielbłądy i o zachodzie słońca zabierają turystów w głąb pustyni, na oazy, gdzie noc spędzają w tradycyjnych namiotach berberskich, a w jednym z nich gotują dla gości tagine. Następnie szykują posłania, grają tradycyjną muzykę i o wschodzie słońca wracają z turystami do hotelu. Taką też wycieczkę i my sobie zafundowałyśmy. Wspaniałe przeżycie, takie odrealnione, jakby cała moja rzeczywistość, moje życie, studia, rodzina, jakby nagle to wszystko oddaliło się ode mnie o lata świetlne! Czułam tam niesamowity spokój i ta dziwna myśl, że jestem w domu i że czuję się tu tak bezpiecznie, jak nigdzie. Pomyślałam sobie, że to jest to! Ja chcę tak żyć! Chcę prowadzić takie spokojne życie, opiekując się wielbłądami, śpiąc na pustyni, zasypiając wpatrując się w rozgwieżdżone niebo, mając jedynie dwie gandory na zmianę i piasek pod stopami. Uwielbiam te prostotę i minimalizm. Zamarzyło mi się, żeby być jedną z nich! Aby być „camel girl” i znaleźć się po tej drugiej stronie, nie jako turystka, ale jako jedna z nich. Pomyślałam, że przecież nie ma rzeczy niemożliwych, a tu jest tyle magii i na naszych oczach niemożliwe staje się możliwe.

Każdego dnia, będąc w hotelu, czekałam na zachód słońca, aby znowu zobaczyć jak „apostołowie” wyłaniają się zza wydm i ciągną za sobą te piękne wielbłądy. Za każdym razem wpatrywałam się w ten widok jak zahipnotyzowana. W końcu pomyślałam, że muszę spróbować. Poznałam swoich tajemniczych „apostołów”, porozmawiałam z Hassmanem i dopiełam swego. W końcu nadszedł dzień w którym stałam się camel girl! Dostałam wielbłądy i wyruszyłam z Berberami, tym razem w zupełnie innej roli, niż za pierwszym razem. Nauczyłam się, jak obchodzić się z wielbłądami i dowiedziałam, którędy iść między wydmami, by się nie zgubić i dotrzeć no naszych oaz. Zadanie wcale nie jest łatwe, bo oazy są oddalone o godzinę drogi od naszego hotelu, co przy takich piaskach nie jest wcale takim prostym zadaniem. Wszędzie wydmy, zapadam się w piachu, ale czuję niesamowitą satysfakcję i radość! Ponadto prawdziwy Berber nie popija wody w czasie takiego kursu, zatem podczas gdy turyści pstrykali sobie zdjęcia i popijali schłodzoną wodę, ja czułam, że w gardle zamiast języka mam skamielinę, ale szłam przed siebie czując, że z każdym krokiem jestem nie tyle zmęczona, co coraz bardziej spełniona. Patrzyłam na turystów siedzących na wielbłądach i przypominałam sobie, jak to ja za pierwszym razem byłam prowadzona na wielbłądzie, który wtedy był prowadzony przez jednego z „apostołów”. Na miejscu zajmowaliśmy się wielbłądami, wraz z Berberami gotowałam i szykowałam koce do spania. Turyści jedli przy swoich niskich stoliczkach, przy których i ja niegdyś jadłam, a teraz siedziałam przy stoliku dla Berberów. Następnie, gdy wszyscy byli już najedzeni, turyści szli posłuchać śpiewów i tańców, a my, między wielbłądami, rozmawialiśmy o sprawach ważnych i mniej ważnych. Gdy większość turystów już głęboko spała, podobnie jak w hotelu, wymykaliśmy się. Chłopcy- Camel boys brali bębny i shishę i szliśmy daleko daleko na najwyższą wydmę i graliśmy do późna w nocy.

Niedaleko naszych oaz (jakieś 40 min. drogi) na pustyni, mieszkają dwie rodziny nomadów. Ponadto pustka, ta wyjątkowa cisza, wydmy, które w świetle tego olbrzymiego księżyca wyglądają zupełnie nierealnie i co chwile spadające gwiazdy…krawędzie tej rzeczywistości rozmywały mi się, zupełnie, jakby wszystko było snem. Turyści spali w „obozie”, a my - Berberzy spaliśmy na kocach przed wejściem do „obozu ” namiotów, tuż obok naszych wielbłądów.

Ani jednej nocy, spędzonej w Maroku, nie przespałyśmy w pomieszczeniu, z sufitem nad głową. To niebo było magnetyzujące. W hotelu zawsze brałyśmy prześcieradło i chodziłyśmy na dach i każdej nocy zasypiałyśmy wpatrując się w gwiazdy. Czasami leżałyśmy na wydmach i słuchałyśmy w kółko jednej piosenki, której tekst wydawał się być napisany właśnie dla nas, włąśnie tam, właśnie teraz as we lay in the sand and we stare at the sky watch the moon dance in white as the stars light your eyses, oh my there is no place on earth I’d rather be, aż oczy się szkliły… zapewne od tego piachu.

Od czasu do czasu braliśmy wieczorem motor i jechaliśmy jak szaleni przez czarny żwir wykrzykując w niebogłosy na przemian to polskie, to berberskie piosenki. Dookoła nie było widać żadnych świateł, jedynie lampka zamocowana na przodzie motoru oświetlała nam drogę na półtora, do dwóch metrów, a nad nami wciąż to niesamowite niebo. Gnaliśmy tak szybko, że wręcz pustynny pył nie miał jak wplątywać się w rozwiane włosy. Bywało, że jechaliśmy tak przed siebie bez celu, po prostu, goniąc horyzont, który się wcale nie zbliżał. Pędziliśmy przez piaski, śmiejąc się w tę ciemną przestrzeń, W ciągu dnia czasami jeździliśmy na motorze do najbliższego, niewielkiego miasteczka, przypominając sobie jak toczy się życie.

Niemal każdego wieczoru wszyscy wychodziliśmy przed hotel i graliśmy na bębnach do późnej nocy, czasami nawet do rana, wykrzykując słowa piosenki „mama africa zina” (które potem ewoluowany na papa Africa, mama Polonia ! :-)). Gdy w hotelu było więcej turystów, aby ich nie pobudzić, wszyscy, łącznie z Hassmanem, przenosiliśmy się daleko za wydmy, aż hotel znikał z pola widzenia i graliśmy. Graliśmy tak mocno, że aż ręce bolały i tak głośno, że miałam wrażenie, że nasz śpiew musi wręcz dochodzić do piasków Algierii. I znowu dookoła nas tylko wydmy, a nad nami to niesamowite granatowe niebo obsypane tysiącem złocistych, spadających co chwilę gwiazd, rozpostarte tak przepięknie, że aż niewiarygodnie. Siedziałam gdzieś tam, na tym ciepłym piasku, odgłosy bębnów i uśmiechy tych ciemnych twarzy otulały mnie, tworząc przestrzeń tak niesamowitą, że na samą myśl, że w końcu nadejdzie ten dzień, w którym będę musiała opuścić to miejsce, rozdzierało mi serce. Myśl tę chowałam głęboko, zakopywałam w piaskach Erg Chebbi i do ostatnich chwil nie wykopywałam. Teraz, z perspektywy czasu myślę, że część z tych myśli dalej tam jest, zakopana między wydmami, bo gdzieś w sercu czuję, że nigdy tak do końca stamtąd nie powróciłam.

W podróży nie chodzi o to, by jedynie odhaczać kolejne miejsca na mapie i jechać dalej, ale aby odkrywać coś więcej. Aby nauczyć się czerpać z nowego miejsca, brać z niego energię, „adaptować” ją i wplatać w dotychczas nabytą, tak, aby ich suma mogła być naszym indywidualnym sposobem istnienia we wszechświecie. Aby uczyć się od każdej napotkanej osoby i wierzyć, że i my czegoś uczymy. Tym samym pozostawiać w nowym miejscu część swojej energii, tak, aby po naszym wyjeździe i tam coś się zmieniło, coś się „wzbogaciło”. Dzięki tej podróży przypomniałam sobie, że właśnie po to podróżuję - aby doświadczać i być doświadczeniem. A huragany, zdecydowanie mogą być zbawienne, i taki właśnie był mój - oczyszczający. Z podróżami jest jak z jedzeniem, aby poznać potrawę, trzeba ją spróbować, a nie oceniać po wyglądzie i zastawie. Nie da się wytłumaczyć smaku najbardziej aksamitnego, awokadowego koktajlu, jaki w życiu piłam, używając zaledwie określających go przymiotników. Nawet jeśli użyłabym wszystkich tu pasujących, wyobrażenia pewnie nie byłyby nawet bliskie realnego smaku. W podróży mogę być częścią czegoś niecodziennego, czegoś zupełnie dla siebie niezwykłego i tak też się stało w tej podróży.

 

Galeria zdjęć:

Czytany 5235 razy
Więcej w tej kategorii: « Chiny

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone (*) są wypełnione.
W treści wiadomości możesz używać podstawowych znaczników HTML.