Pierwsza wizyta Tomka Jarmużewskiego
W BACÓWCE NA JAMNEJ

- Halo?

- Dzień dobry. Czy są wolne miejsca noclegowe na dziś?

- Oczywiście. Zapraszamy.

- A czy moglibyśmy troszkę pograć na gitarach? – zagaduję niewinnie – Tak po cichutku. Mam nadzieję, że nikomu nie będziemy przeszkadzać.

- Ależ oczywiście, nie ma problemu – głos w słuchawce chyba jeszcze nie spodziewa się dalszego ciągu.

- Tylko wie pan, chcieliśmy podłączyć piecyk, chcemy sobie z kolega zrobić próbę…

- Ależ oczywiście – nie ma problemu.

Facet ewidentnie nie rozumie co go czeka. Na wszelki wypadek wolę go uświadomić.

- Ale wie Pan, momentami to może być nawet troszkę głośno… Czy to na pewno nie będzie przeszkadzało?

- Nie, nie przeszkadza – niemal przerywa mi zniecierpliwiony.

Poddaję się. Facet jest uparty, wiem, że dalsze uświadamianie nie przyniesie żadnego skutku.

- Dobrze, zatem będziemy!


* * *

Na Jamną dojeżdżamy po południu. Ot, tak po prostu. Dojeżdżamy. Samochodem. Zatrzymujemy się na wyspanym nieskazitelnym żwirkiem parkingu. Patrzy na nas czujne oko kamery. Czujemy się cokolwiek dziwnie. Chyba naprawdę nie wiedzieli tu o co pytamy. Gitarki i turystyczne pieśni nie wszędzie pasują.

Absolutnie znajome skojarzenia budzi natomiast sam budynek schroniska – bacówka Moskałówka, bardzo podobna do tej pod Rawkami czy na Rycerzowej. Wita nas Dziad Borowy wystrugany w pniu drzewa, na swoim stanowisku służbowym przed drzwiami. I napis nad drzwiami: „Gdy głosy usłyszę u drzwi, czyjekolwiek – wejdźcie poproszę”. Miło. Obawiamy się jednak, że napis jest spuścizną po dawnych czasach schroniska. Wchodzimy.

Z radością stwierdzamy, że jadalnia jest tam gdzie być powinna. Na starej szalkowej wadze, rodem prosto z Beskidzkiego sklepu w Bartnem, ocalonej nie słowami piosenki Wierzbickiego, lecz ręką zamiłowanego w bezdrożach kolekcjonera, kolejny cytat: „Wagą zabraną Temidzie bawimy się w sprawiedliwość…”. To już nie może być przypadek.


Okienko bufetu jest otwarte. Jesteśmy zmęczeni po podróży. Marzy nam się kawa.

- Parzoną, rozpuszczalną czy z ekspresu?

- Co to znaczy z ekspresu? – pytam nieufnie. W żadnym schronisku nie zdarzyło mi się jeszcze pić kawy z ekspresu. Marzyć o tym – tak, ale pić?

- Kawa Lavazza, z ekspresu ciśnieniowego.

Kawa z ekspresu… Tak, to jest właśnie to, o co nam chodzi. Swoją drogą nie zdarzyło mi się jeszcze chyba pić kawy z ekspresu na takiej wysokości.

Wyposażeni w dymiące filiżanki udajemy się na taras. I wtedy dostrzegamy je. Oddalone, ale jednak wyraźne, widoczne dokładnie. Nie ma mowy o pomyłce. Naprzeciwko nas, wyniosłą obojętnością ignorując nasze zaskoczenie, wygrzewając się w resztce dopalającego się na horyzoncie słońca, stoją Tatry! „Tutaj w górach jest mój dom” napisał kiedyś jeden pieśniarz turystyczny. W tej chwili tak właśnie się czujemy. Zresztą piosenka ta rozbrzmiewa już wkrótce – przecież przyjechaliśmy tu na zespołową próbę.

Sama próba, ku naszemu (zresztą coraz już mniejszemu zaskoczeniu) wzbudza wcale nie niechęć, ale życzliwe zainteresowanie gospodarzy schroniska. Od słowa do słowa i jesteśmy umówieni na wieczorne muzykowanie.


* * *


Przytulna jadalnia schroniska, świece, kominek bez szyby, przyjemny alt gaździny, nawiązująca do najlepszych turystycznych tradycji gitara gospodarza… I pieśni, pieśni, pieśni… Pogodne, żartobliwe, te całkiem poważne, nastrojowe, aż wreszcie nasz ulubiony zestaw kołysankowy. Rozstajemy się o godzinie, o której trudno powiedzieć czy jest późno wieczorną czy wczesno poranną. Czas na sen.


* * *


Następnego dnia, żegnając się, zostawiamy na pamiątkę naszą płytę. Taki gest. Przecież wiemy, że wrócimy tu nie raz. Jeszcze nie wiemy, że ta płyta będzie przez najbliższe pół roku główną zawartością schroniskowego odtwarzacza.