podrozewgorka
piątek, 13 maja 2011 08:08

Wgórek w Australii!

Jakieś dwie godziny przed lądowaniem obsługa samolotu przekazuje nam wiele informacji na temat przepisów wjazdowych do Australii. Wygląda, że są bardzo surowe. A już w ogóle mam wrazenie, że będzie nieźle, kiedy stiuardessy przechodza przez samolot każda z dwoma sprayami, które mają na celu dezynfekowanie pasażerów z różnych pasożytów czy czegoś tam podobnego. No i lądujemy. Najpierw kontrola paszportowa. Niewiele pytań, a jak mówimy, że nie wiemy, gdzie jedziemy i pewnie w takie niedalekie miejsce, które polecił nam spotkany Australijczyk, to pan wpisuje nam tylko na karteczce "backpackers", czyli plecakowcy i na pożegnanie życzy "have fun guys"! Super! Tak pozytywnie. Z wielkim uśmiechem na twarzy wędruje dalej. I teraz najlepsza zabawa. Czyli psrawdzanie, co mamy w plecakach i kwarantanna. Australia, jak widzę, broni się rękami i nogami przed wszelakimi chorobami, jakie można przywieźć z zagranicy. No więc wypakowujemy całe plecaki, trochę pytań o to, co tam mamy, a czego nie mamy, a wszystko w fajnej sympatycznej atmosferze, tak że dla mnie jest to wesołym elementem poznawania kraju :) A na koniec pani dziękuje nam z 5 razy, jakby przepraszająco, że musiała zająć nam czas i wypakowywać nasze plecaki :)
No i w końcu jesteśmy w Australii. Wypłacamy trochę pieniędzy i idziemy na plażę, która jest niecały kilometr stąd. Błękitna czyściutka woda, ogrom złotego piasku. Kąpiel to coś, o czym marzyłam :) A po kąpieli idziemy plażą jakieś 3 km. Słoneczko przygrzewa niesamowicie i ze zdumieniem po chwili zauważam, że mimo nasmarowania się mocnym kremem, jestem nieźle czerwona, a stopy mnie już pieką. Tak więc trzeba będzie tu uważać, bo moje standardowe normy opalania tu nie działają. Już po chwili zauważamy, że Australia nie tylko jest droga - jest baaaardzo droga. Podobnie do Norwegii, a w niektórych momentach nawet drożej. Chleb po 14 zł, za 70 km autobusem ponad 100 zł, połowa papai 12 zł, najtańsza 1,5l woda 5 zł. No to super - skończyły się szybko burżujskie malezyjskie czasy :D Idziemy na stopa. Gorąco - dajemy sobie spokój, trochę odpoczywamy, idziemy na owocowe zakupy. No i wieczorkime wracamy na stopa i jedziemy do Byron Bay jakieś 70 km na południe. Stop działa całkiem fajnie. I zatrzymują nam się 2 razy kobiety. Druga zabiera nas już po nocy i w ostatniej chwili przed burzą. W dodatku nadrabia kilometry i zawozi nas do samego Byron Bay.

Czytany 1805 razy

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone (*) są wypełnione.
W treści wiadomości możesz używać podstawowych znaczników HTML.